Emtb Tour Beskidy – Day 1

09/08/2020 
0


Rowerowa wyprawa od schroniska do schroniska wzdłuż Głównego Szlaku Beskidzkiego. Test logistyki takiego przedsięwzięcia i sprawdzenie warunków realizacji takiej przygody z dzieckiem.

Całkiem spontanicznie postanowiliśmy, że tegoroczne wakacje spędzimy blisko domu, godzinę drogi od domu. Pozytywnie zaskoczeni i ,,nakręceni” możliwościami jakie się przed nami otworzyły wymyśliliśmy rowerową turę w górach nam najbliższych – Beskidach.

Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, okazało się, że w Wiśle prężnie działają dwie wypożyczalnie rowerów, mających w swej ofercie dla turystów rowery elektryczne: jedna znajduje się bezpośrednio przy deptaku Rowery Wisła, a druga ,,u podnóża” najsłynniejszego hotelu w Wiśle: Hotelu Gołębiewski 🙂 Bardzo miły Pan z obsługi, właśnie z tej drugiej wypożyczalni: eBike Beskidy (którego z tego miejsca bardzo serdecznie pozdrawiamy) poświęcił nam sporo czasu, opowiadając o elektrykach: o swoich spostrzeżeniach zdobytych w pracy.

Widział chyba, że nie jesteśmy taką ,,zwykłą” rodziną na wakacjach w Wiśle, szybko zorientował się, że ukierunkowani jesteśmy na rodzinny sportowy cel, a do tego niezbędne nam będą niezawodne rowery.

Cały ekwipunek zapakowaliśmy w plecaki niemieckiej firmy EVOC, znanej już nam choćby z produktów przeznaczonych dla górskich zimowych freeriderów. Wybrane przez nas modele dedykowane są użytkownikom rowerów elektrycznych w taki sposób, że w jednej z przegród, wszyta została podłużna kieszonka na dodatkową baterię do roweru. Lubimy takie przemyślane rozwiązania! Pod względem estetycznym, nasza mama również była bardzo zadowolona: kolor plecaka jak i błękit pokrowca przeciwdeszczowego spełniły jej oczekiwania. Dosyć że będzie wyglądała profesjonalnie to i stylowo!

Wyprawę rozpoczęliśmy we wtorek ok. godz. 13. Późno, ale w natłoku innych spraw do załatwienia, mogliśmy być gotowi dopiero o tej godzinie. Bagaż ograniczyliśmy do najpotrzebniejszych rzeczy. Plecaki nie są za duże, dlatego zebranie wszystkiego: włącznie z dronem i co najważniejsze ładowarkami do ebikowych baterii nie było dość łatwym zadaniem. Dziwne uczucie, ponieważ na nasze wyprawy autem jeździmy zawsze zapakowani na maksa, biorąc ze sobą cały wyprawowy sprzęt biwakowy: począwszy od namiotu, materaca a kończywszy na zapasach wody, talerzach, łyżkach i patelniach.

Tu wyzwanie polegało na tym, by najpotrzebniejsze rzeczy na parodniową wyprawę upchnąć do jednego plecaka 🙂

Ale właśnie takie akcje lubimy najbardziej.

PIEKŁO WIELKIEJ CZANTORII – 995 m n.p.m.

Zmotywowani wyruszyliśmy z Wisły w kierunku Dolnej Stacji Czantorii w Ustroniu. Rozpoczęliśmy podjazd na tę popularną przede wszystkim wśród miłośników sportów zimowych górę. Świadomość posiadania roweru elektrycznego, który swoim napędem wspomaga rowerzystę w tym stromym terenie, działała pozytywnie na psychę. Rower Alexa: Giant na 27,5 calowych kołach ze wzmocnioną baterią ,,szedł jak burza” pod górę.

Dopiero pokonując tę trasę, zdaliśmy sobie sprawę, dlaczego popularny bieg ,,Piekło Czantorii” został tak nazwany. Podjazd na Czantorię, w większości przebiega wzdłuż zimowej trasy narciarskiej – czyli na otwartej przestrzeni. Najbardziej wymagający odcinek przebiega tuż przed Górną Stacją Kolejki na Czantorię, który pokonywaliśmy zakosami, wjeżdżając w dość wysoką trawę.

Rower bez wspomagania nie poradziłby sobie w takim terenie, użytkownik musiałby go zwyczajnie pchać w górę, za to nasze ebiki doskonale radziły sobie i w połączeniu z siłą naszych mięśni zakosami wiozły nas ku celu. I co najważniejsze 10-latek bez większego problemu sobie poradził z tym wyzwaniem.

Wjeżdżając na górną stację na Czantorii wzbudziliśmy pozytywne zaciekawienie innych turystów, którzy w większości znaleźli się tam dzięki kursującej kolejce. Byli zaskoczeni, kiedy zobaczyli małego chłopca, który w kasku jak na motocykl wjeżdża dość swobodnie na górę, a pomimo tego nie wyglądał ,,jakby wypluwał sobie płuca”, lecz na jego twarzy malowało się zadowolenie i życiowy ,,luz”. 🙂 My rodzice mogliśmy sprawiać takie wrażenie.

Pierwsze koty za płoty.

Na Czantorii po raz pierwszy otwarły się wspaniałe widoki. Ulice i domy w Wiśle i Ustroniu widzieliśmy daleko w dole. Czuliśmy pokonany dystans oraz wysokość i to wspaniałe uczucie, że przygoda się rozpoczęła. Jesteśmy w górach!

Napiliśmy się coli i Szlakiem Rycerskim na rowerach przejechaliśmy na szczyt Czantorii (995 m.n.p.m.) ku jej charakterystycznej wieży widokowej. Zapach smażonej kiełbasy z pobliskiej budki – to jest to, co przede wszystkim zapamiętałam z tego miejsca. Pierwszy szczyt odhaczony!

Sssss – złapałam kapcia

Gdy wszystko szło gładko … nagle ciach: mama tuż po opuszczeniu Czantorii słyszy syczenie wydobywające się z tylnej opony! No nie! Złapałam kapcia. Ogarnęło nas lekkie przerażenie na początku, bo nie byliśmy pewni, czy mamy wszystkie niezbędne narzędzia. Na pewno w tej chwili czytający to doświadczeni rowerzyści łapią się za głowę, kręcąc głową. To była swego rodzaju lekcja dla nas i nauczka na przyszłość, aby przed wyruszeniem sprawdzić, czy zestaw reparacyjny jest kompletny. Na szczęście eBike Beskidy wyposażyły nas w podstawowe narzędzia do naprawy koła oraz zapasową dętkę, które w połączeniu z szybkim działaniem Wojtka w towarzystwie wszechobecnych komarów, uratowały sytuację i mogliśmy kontynuować jazdę.

Schronisko na Soszowie 792 m n.p.m.

Szlakiem czerwonym ruszyliśmy w dół w kierunku Soszowa. Wystające kamienie i korzenie nie ułatwiały zjazdów. Nasza rodzina ma niewielkie doświadczenie w jeździe w górach na emtb, dlatego w niektórych miejscach mama z Alexem schodzili z rowerów i je sprowadzali.

Dość szybko i sprawnie dojechaliśmy do dobrze znanego nam już schroniska na Soszowie. Zmieniając dętkę w kole mamy straciliśmy dość dużo czasu, wysoka temperatura wyzwalała pragnienie, dlatego zaliczyliśmy w nim nieplanowaną przerwę na colę. Znikoma ilość turystów zarówno na szlaku jak i przy schronisku dawała wrażenie jakbyśmy byli w mało znanym miejscu w Beskidach. Na naszych twarzach bez przerwy malowało się takie prawdziwe zadowolenie: cieszyliśmy się zarówno z miejsca, w jakim jesteśmy, jak i z wyprawy, który wspólnie realizujemy: pogoda dopisuje, wreszcie mamy dla siebie czas! Obserwujemy Alexa: jego ebike firmy Giant to strzał w dziesiątkę, ostry podjazd pod górę na Czantorię nie zniechęcił go do dalszej jazdy.

Czas nas zaczął gonić, biorąc pod uwagę jaki odcinek na ten dzień mieliśmy zaplanowany. Pojawił się lekki stresik, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę z tego, gdzie jesteśmy, a ile mamy jeszcze do pokonania.

CIEŚLAR 920 m n.p.m.

Szlak z Soszowa wiódł na Cieślar. Dowiedzieliśmy się, że nazwa tego szczytu, z którego rozpościera się panorama na cały Beskid Śląski, bierze się od najbardziej popularnego obecnie nazwiska w Wiśle Cieślar – w XVII w. we wsi Wisła, po jej osadzeniu, mieszkało już czterech Cieślarów.

Schronisko PTTK Stożek 957 m n.p.m. i Kiczory 990 m. n.p.m.

Z Cieślara zmierzaliśmy w kierunku schroniska pod Stożkiem Wielkim dobrze już nam znaną trasą. Wiedzieliśmy, że czeka nas wymagająca końcówka, ostre pchanie roweru pod górę przez las na drodze pełnej korzeni i kamieni, na której nawet rower elektryczny sobie nie poradzi.

Alex podszedł do zadania na sportowo i dzielnie walczył, starając się wejść o własnych siłach w tym stromym miejscu. Pomimo funkcji walk w swoim ebike – czyli załączaniesię napędu – również potrzebował w tym miejscu naszej pomocy. Pchanie tak ciężkiego roweru pod górę przez dziecko jest właściwie niemożliwe.

Po pokonaniu tego trudnego odcinka pozostało tylko podjechać szutrową drogą do schroniska pod Stożkiem Wielkim, przy którym nie robiliśmy już przerwy, tylko wąską leśną dróżką pognaliśmy na Kiczory. Wcześniej wydawało nam się, że Kiczory to grupa charakterystycznych, wielkich skał. Okazało się, że sam szczyt, niepozorny, otoczony drzewami bukowymi i świerkowymi, znajduje się troszkę dalej i biegnie przez niego granica między Polską a Czechami.

Przełęcz Kubalonka 818 m n.p.m.

Za Kiczorami czekał nas długi techniczny zjazd na Przełęcz Kubalonka. Wyjechaliśmy tuż przy zabytkowym drewnianym Kościele Świętego Krzyża w Istebnej z 1779 r., będący atrakcją na Szlaku Architektury Drewnianej województwa śląskiego.

Dotarliśmy do ruchliwej ulicy, drogi wojewódzkiej wiodącej z Wisły do Istebnej. Wróciliśmy do cywilizacji: asfaltowa droga, ruch samochodowy, mieszkańcy siedzący na ławkach przed blokiem. Po prawej stronie mijaliśmy dobrze znane nam sanatorium dla dzieci. Wciąż jechaliśmy szlakiem czerwonym, który prowadził nas utwardzoną drogą w kierunku zameczku. Była już godz. 18 – za sobą parę godzin niezłego dymania na rowerze w górach. Delikatny podjazd do zameczku i dalej na Stecówkę na ebikach była jak odprężenie po całym intensywnym dniu. Tuż za Stecówką szlak czerwony odbijał w lewo, w leśną górską drogę. Nie był stromy, cała trudność polegała na okiełznaniu nierównego terenu na rowerze. I właśnie w tym momencie mamie skończyła się bateria w rowerze.

Z mapy wynikało, że Schronisko na Przysłopie znajduje się już niedaleko. Uzgodniliśmy, że Wojtek i Alex pojadą pierwsi, tym bardziej, że teren nadawał się już do jazdy na rowerze i spotkamy się przy schronisku. Miałam szczęście, ponieważ tuż po podjeździe, na którym bateria w moim ebike się skończyła, droga długo wiodła w dół. Napęd w ebike nie był mi potrzebny. Dotarłam do asfaltowej drogi tuż przy szumiącej Czarnej Wisełce. Niestety droga, choć asfaltowa, wiodła pod górę, a podjazd tak ciężkim rowerem nie jest niczym przyjemnym, nawet na najlżejszej przerzutce. GPS na telefonie pokazywał mi, że do celu mam ok 2 km. Pomyślałam: spoko, podprowadzę sobie rower i będę na miejscu.

Gdy zorientowałam się, że szlak odbija w lewo w bardzo stromy szlak, to ,,morale” sportowe mi nieco opadły. Po raz pierwszy pomyślałam, że nie mam siły. Google Maps pokazuje mi, że do celu mam 900 m. Odliczałam 30 kroków, pchając swojego ebike mocno pod górę – przerwa. Interwałowo pokonywałam odcinek za odcinkiem. Sapałam, dyszałam, pot się lał. Z Wojtkiem byłam umówiona, że jak dojedzie do schroniska z Alexem wróci po mnie, by pomóc mi dopchać mój rower. Teraz wiedziałam, że Wojtek na pewno po mnie nie wróci, bo skoro pokonywali ten sam odcinek co ja teraz, to oznacza, że Wojtek pchał nie tylko swój rower, ale i rower Alexa. Nie wiedziałam wtedy, że Wojtek i Alex nie odbili w ten szlak, którym ja się przemieszczałam, ale pojechali asfaltem dalej i dopiero na końcu skręcili na szlak do schroniska.

Droga niestety się nie wypłaszczała choć trochę, co chwilę zerkałam na mapę, patrząc: Ile jeszcze?

Wreszcie dopchałam rower do jakiejś szutrowej drogi. W głowie kotłowała mi się tylko jedna myśl: gdzie to schronisko? Nagle zza zakrętu usłyszałam znajome męskie jodłowanie 🙂 Wojtek! Uśmiechnięty, szczęśliwy na mój widok i zaskoczony, że tak szybko dotarłam. Z wielką chęcią przekazałam mu mój rower.

Schronisko!

Dobre pytanie. Schronisko czy hotel? Niepozorny elegancki budynek, w środku lasu. I co ważne: przygotowane na przyjęcie rowerzystów: tych ebikowych i nie tylko 😉 Alex nieprzyzwyczajony do takich eleganckich miejsc, znając górskie schroniska z bardziej skromnej strony, nieśmiało zapytał pracownika schroniska, czy w pokojach są telewizory. Pan śmiejąc się pod nosem, odpowiedział mu trochę ironicznie, że nie ma, bo to jest przecież schronisko.

Przy budynku przygotowane są miejsca do zaparkowania rowerów i to od razu z zapięciami na kluczyk. Szybko zabezpieczyliśmy nasze rowery i kroki skierowaliśmy do baru: piwo! Od razu 2 piwa! Dotarliśmy na 10 min przed zamknięciem kuchni. Napiliśmy się piwa – zjedliśmy porządny i pyszny posiłek – napiliśmy się piwa 🙂 Osoba z obsługi pokazała nam miejsce, gdzie mogliśmy bezpiecznie na noc odstawić nasze rowery i co najważniejsze naładować baterie.

Udaliśmy się do pokoju. Schronisko jest po niedawnym remoncie i przywitało nas zaskakująco wysokim poziomem. Duże wrażenie wywarł na nas pomysł z nazewnictwem pokoi: Maroko, Base Camp, nasz nazywał się Patagonia.

Padliśmy jak kawki. Pod powiekami malowały się widoki, które tego dnia doświadczyliśmy na szlaku, zasypiając w lekkim błogostanie. Tyle wrażeń! Tyle emocji!

A to dopiero pierwszy dzień na rowerach, który w dodatku rozpoczął się o godz.13!

Total distance: 36923 m
Max elevation: 1000 m
Min elevation: 380 m
Total climbing: 1394 m
Total descent: -865 m
Total time: 06:49:06
Download file: EMTB Tour Beskidy Wisła-Przysłop Day1.gpx

Jutro czeka nas ciąg dalszy. Planowany etap: Schronisko Przysłop pod Baranią Górą – Barania Góra – Węgierska Górka – Schronisko na Hali Lipowskiej.

sprzęt:

plecaki firmy EVOC:

FR TRAIL E-RIDE 20l

kaski: Bell

ochraniacze: G-Form








You might also like





Dodaj komentarz



More Story
Emtb adventure - Epizode One Z ręką na sercu, wciąż utrzymuje się mit, że rowerzyści na elektrykach są wygodni, niewysportowani lub starzy. Rowery...
%d bloggers like this: