Grossglockner Ultra Trail 50 km na 50-tkę

15/08/2018 
0


Grossglockner Ultra Trail to sportowe wyzwanie w górskiej scenerii Wysokich Taurów. Tu nie chodzi o bicie rekordów, lecz dążenie i realizację celu. 50 km na ukończone 50 lat było doświadczeniem otwierającym nowe ścieżki. W drodze do mety wiedziałem, że warto. Tym bardziej, że kibicowała mi moja rodzina.

Wszystko zaczęło się… no właśnie, sam już nie wiem jak to się zaczęło. Stale stało coś na drodze, co uniemożliwiało wystartowanie w górskim biegu. Ale ustalmy, że mimo bolącego kolana i o zgrozo krótkotrwałego paraliżu nerwu strzałkowego udało się dotrwać do tej 50-tki w miarę dobrej kondycji. Będąc w maju w Kaprun natknęliśmy się na informację o Großglockner Ultra Trail i tu stało się coś magicznego. Klik! Jedno spojrzenie na otaczające nas góry wystarczyło, by chcieć tutaj wrócić latem i zmierzyć się z tym wyzwaniem.

Biegi górskie, które kiedyś kwalifikowałem jeszcze w obszar czegoś „nierobialnego”, stały się dla mnie motorem napędowym do treningowych biegów w Beskidzie i podczas wyjazdów w Alpy. W towarzystwie żony było to tym bardziej motywujące. Moim podstawowym celem stało się ukończenie biegu na dystansie 50 km. Nigdy nie przemierzałem takiego dystansu, więc nie miałem punktu odniesienia. Biegi w Beskidzie pozwoliły na oszacowanie moich własnych aktualnych możliwości. Gdy przebiegłem Półmaraton Księżycowy (nota bene to fajna impreza w Rybniku), wiedziałem, że mój udział w GGUT ma cień szansy 🙂

Dla naszej rodzinki mój udział w biegu zdeterminował zarówno plany wakacyjne jak i dał możliwość zakosztowania i poznania z bliska atmosfery tej górskiej imprezy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Meta na placu w Kaprun. W mojej głowie krążą dziwne myśli, a jej widok nasuwa mi skojarzenie z gilotyną oczekującą na straceńców takich jak ja.

Z trudem przychodzi mi wyobrazić sobie to miejsce, jako bramę triumfalną i mnie jako finishera przekraczającego jej linię w glorii i chwale 🙂

META. Gilotyna czy brama triumfalna? Dowiem się, gdy do niej dobiegnę.

Mój debiut w Grossglockner Ultra Trail to spore wyzwanie, więc trzeba najpierw uzupełnić węglowodany. Wspólne gotowanie z synem na łonie natury nastraja pozytywnie i pozwala na oswojenie się z myślą, że kolejną noc spędzimy w Kals am Grossglockner.

 

 

Etap I – Karls am Großglockner – Karlser Tauern

Noc spędziliśmy jak wielu innych uczestników w kamperze na parkingu opodal miejsca startu w Kals am Grossglockner. Już od świtu panuje nerwowy pośpiech. W pobliskiej toalecie panuje tłok. Ktoś się już rozgrzewa na ulicy, ktoś (jak my) dopija poranną kawę a jeszcze ktoś inny – czyli nasz sąsiad, Niemiec z Monachium – nerwowo dopala ostatniego ćmika, wzbudzając moją zazdrość.

Ten to pewnie pogrzeje bez problemu, bo jego organizm działa stale na długu tlenowym-myślę sobie. Trudno, ja nie zacznę z tego powodu przecież palić 🙂

Jeden…

 

dwa…

trzy…

Start!

Ociężale, powoli… rusza karawana biegaczy w kierunku wylotu doliny. Biegnąc ulicami w Kals towarzyszy nam gorący aplauz kibiców, słychać trąbki i odgłos alpejskich dzwonków, wieszanych krowom u szyi. Mijamy ostatnie domostwa, cały ten zgiełk oddala się i w jego miejsce pojawia się miarowy rytm – to podeszwy butów wydają odgłos jak maszerująca gigantyczna armia chrząszczy. Kończy się asfalt i zaczyna górska przygoda.

Zaczyna się podejście na pierwszą przełęcz – Kalser Tauern. Kluczymy między blokami skalnymi. W pewnym momencie ciszę doliny zaczyna przenikać łagodna alpejska muzyka grana na instrumentach dętych. Brzmienie instrumentów narasta, staje się wyraźne i za skałami natrafiam na muzykantów, którzy zapragnęli umilić nam trud podejścia.

ggut-33
ggut-34
ggut-35
ggut-36
ggut-37

Okazuje się, że ból mojego prawego kolana rzeczywiście mija jak zwykle po 3 kilometrze, więc podbiegam przez rozległą dolinę uczepiony jak rzep psiego ogona jakiejś biegowej maszyny rodem ze Szwecji. Warkocz blond i różowa spódniczka pozwalają mi rozróżnić płeć.

Spotykam dwóch chłopaków z Malezji, którzy przylecieli specjalnie do Europy, by wziąć udział w tym biegu. Pstrykamy sobie fotki nad malowniczym jeziorem i lecimy dalej. Robi się coraz bardziej stromo.

Tak… warto po ten widok piąć się do góry. Wysokie Taury.

Aha… tu zaczyna się podejście na przełęcz-dotarłem tu szybciej niż myślałem. Ogólnie jest lepiej niż początkowo zakładałem. Pozwala mi to myśleć pozytywnie o dalszym przebiegu i o tym, że dam radę. Stojąc na starcie bladym świtem jeszcze nie byłem wcale tego pewien 🙂

Przełęcz Kalser Tauern 2 518 m. n.p.m – jest dobrze.

Pojawia się zasięg w telefonie, więc postanawiam nawiązać kontakt z rodziną. Ustaliliśmy, że spotkamy się w Berghotel Rudolfshütte, gdzie wyznaczony był posiłek. Chcieliśmy również, by Alex miał okazję kibicować tacie i zaangażować się w to wydarzenie. Okazało się, że trochę się pośpieszyłem i będę musiał poczekać na ich dotarcie.

 

Rudolshütte

Oczekiwałem schroniska – Rudolshütte położone na 2318 m. n.p.m. okazało się wielkim górskim hotelem. Przygotowany tutaj bufet był dobrej jakości i jako, że znalazłem się tutaj w miarę szybko, miałem okazję spokojnie wszystkiego wypróbować. Trochę z żalem patrzyłem, jak powoli pojawiali się wszyscy ci, których zdążyłem na podejściu wyprzedzić i znikają z kęsami jedzenia w rękach na kolejnym odcinku trasy. Na tym etapie biegu czułem, że dobrze idzie i dałem się porwać duchowi rywalizacji. Jednak umówione spotkanie z rodziną było dla mnie ważniejsze i spokojnie sobie czekałem.

Z radością powitałem wojownika uzbrojonego w najnowocześniejszy sprzęt bojowy.

Etap II – Rudolfshütte – Kapruner Törl

Czas na ostatnie fotki i ruszam w drogę wiedząc, że chyba jestem jednym z ostatnich w tym biegu. Ale nie przyjechałem tutaj, by bić rekordy, więc spokojnie zaczynam pochodzić, rzucając jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie, ponieważ widok był naprawdę zachwycający.

ggut-73
ggut-74
ggut-76
ggut-78
ggut-79

Nie wiem co i jak to się stało, ale już po chwili ogarnęło mnie szaleństwo i chęć nadrobienia straty czasowej. Rzuciłem się w wariackim tempie w dół kolejnej doliny.

Ten odcinek zapamiętałem jako spotkanie z dzikim krajobrazem Wysokich Taurów, pięknie się biegło wzdłuż brzegów rwistych potoków spływających z okolicznych lodowczyków. Przyroda w tym miejscu naprawdę mnie zachwyciła.

Jest radość, bo zbliżam się powoli ale skutecznie do kolejnej przełęczy. Kapruner Törl 2639 m.n.p.m

Etap III – Kapruner Törl – Kaprun


Kapruner Törl albo w wolnym tłumaczeniu brama do Kaprun leży na wysokości 2639 m.n.p.m. Osiągnięcie tego miejsca, aczkolwiek męczące, było właściwie symboliczne, ponieważ stąd zaczynał się etap zbiegu do Kaprun a to, jak się okazało, było drogą daleką i żmudną.

Kapruner Törl 2639 m.n.p.m.

Na przełęczy nie zatrzymując się, zbiegłem po polu śnieżnym zażywając miłej ochłody. Tutaj zaczęła się właściwa zabawa. Jednym słowem zbieg w dół doliny dawał mega w tyłek. W moim przypadku w kolana. Tym razem znalazłem się sam na stoku i dogoniłem znaną mi już z twarzy Holenderkę. Holand – Poland – jakoś tak nam się dobrze razem biegło.


Wspólnie dotarliśmy w miejsce, gdzie, nie wiem dlaczego, oczekiwałem wodopoju. Niestety, wodopój jest dopiero na końcu wielkiego zbiornika wody. Trzeba go okrążyć i dostać się na koniec tamy. Czuję jak słońce odbiera mi chęć do dalszego ruszania nogami.

Golgota czyli męka pańska w górskim wydaniu.

To co nastąpiło na tym odcinku przeżyłem pierwszy raz – jakaś niemoc oplątała się wokół moich nóg i wpłezła po nich, wzdłuż kręgosłupa, do mojej głowy. Nie potrafiłem przetruchtać 10 metrów. Zacząłem sączyć ciepły izotonik i wpychać żele.
Nagle poczułem kolano a chwilę potem pachwinę… ulala… ten ból może mnie tu uziemić, pomyślałem.

Pokonanie tego odcinka urosło dla mnie do wyzwania samego w sobie.

Tymczasem na mecie Alex już zaczął wypatrywać taty.

Walcząc z bólem zmieniłem taktykę i przeszedłem do szybkiego marszu. Upał dawał się we znaki i czułem, że teraz jest ten moment, gdzie trzeba się sprężyć. Monotonia krajobrazu przygniatała psychę, więc odwracałem raz po raz wzrok wstecz, by patrzeć ile już przebyłem, zamiast widzieć ile mi jeszcze brakuje.

Tak… skoro już tyle za mną, to resztę też dam radę.

Jak w transie ciągnąc noga za nogą dotarłem do tamy i tutaj zerwałem się do dzikiego sprintu. Szaleństwo-pomyślałem. Chyba właśnie oszalałem.



Prawdopodobnie poczułem unoszące się w powietrzu molekuły coca-coli 🙂 Przy wodopoju na końcu tamy zrestowałem i napchałem się arbuzami. Z pewnych młodym Czechem strzeliliśmy pogawędkę, by w końcu ruszyć w towarzystwie Włocha w dół do kolejnej zapory.

Wydawało się, że Kaprun jest już właściwie blisko-chociaż spojrzenie w dół nakazywało zrewidować ten sposób myślenia.

W głowie układałem sobie plan, że wystarczy dobiec do asfaltu poniżej zapory i już będzie dobrze. Rzut beretem! Co tam beretem, patykiem!

W którymś momencie skierowano nas w lewo i zaczęliśmy pomykać po wąskiej ścieżce wzdłuż akwenu. Chwilami ścieżka była tak wąska, że została zabezpieczona stalowymi linami. Nic dla osób o lęku wysokości. Szlak wiódł chwilami przez wilgotny tunel, raz po raz wchodziliśmy i wychodziliśmy przez sztolnie.


Ostatnie spojrzenie na góry…

Alex czeka na tatę 50-latka na mecie

Etap IV – Finish

Gdy po stromym odcinku za tamą wbiegłem na asfalt, z piersi wyrwał mi się w sposób niekontrolowany staropolski okrzyk bojowy: Q….waaaa!!!!

Myślałem, że to MAM. Że teraz już czeka mnie pykanie po asfalcie , aż do mety. Wyobrażałem sobie jak mijam grupy Arabów przesiadujących na polankach wzdłuż drogi i gnam ku mecie.

Nic z tych rzeczy, po 200 metrach szlak wbija mnie z powrotem na konary, kamienie, kocie łby i innego rodzaju przeszkody terenowe. Organizator postanowił nie podarować uczestnikom ani chwili ulgi. Chciałeś traila? Zapłaciłeś? To masz. Aż do końca.

Z dzikim wrzaskiem doganiam grupę maruderów, nie wiem czy się przestraszyli czy nabrali motywacji, ale wszyscy zrywają się do biegu jak przepłoszone kury na podwórku. To jest szalone, biegniemy jak wariaci. Holand-Poland też tu jest, pozdrawiamy się i gnamy znowu razem dalej. To wszystko jest jakby szalone, nikt nas nie goni a wszyscy gnają jakby ich wilki miały pożreć.

ggut-145
ggut-146
ggut-148
ggut-147
ggut-149
ggut-150
ggut-153
ggut-155
ggut-156
ggut-157
ggut-158

Ponoć finisz na mecie mówi o jakości biegu i zaangażowania. Tych emocji nie dostaniesz gratis w pakiecie startowym, tylko musisz pokonać dystans i przetrwać do ostatniego metra. Gdy dobiegając do mety słyszysz synka wołającego Twoje imię, wtedy wiesz, że jako ojciec zrobiłeś wszystko, by dać mu szansę uczestniczenia w czymś, co może jemu kiedyś będzie wskazówką, że dla osiągnięcia celu trzeba dać z siebie wszystko.






Previous Article
Skrzyczne Trail Run
Next Article
Kaiserbachtal w Wilder Kaiser



You might also like





Dodaj komentarz



More Story
Skrzyczne Trail Run „Jeden bieg może odmienić twój dzień. Wiele biegów może zmienić twoje życie” Skrzyczne jest od dawna...
%d bloggers like this: